 |
|
 |
|
Yelonek
Ranald's middle finger
Dołączył: 26 Maj 2007
Posty: 1695
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/3
|
|
 |
|
 |
|
Wysłany: Nie 0:03, 21 Lut 2010 Temat postu: Rozdział 1: Stacja Nadzieja |
|
|
[ SOUNDTRACK ]
Życie dostarcza wielu niespodzianek. Dla jednych jest to znalezienie bukietu kwiatów pod drzwiami, dla drugich wiadomość o ciąży, a dla jeszcze innych widok leju w miejscu niedawnego domu. Tak się składa, że w jednej chwili wszyscy mieli właśnie tę konkretną 'niespodziankę'.
Gruzy. To spotykało ich na każdym kroku. Zniszczenia sięgnęły nie tylko budynków, ale i żyć. Wszystko co było, zostało stracone. Przynajmniej dla większości. Byli i tacy, którzy w gruzach i resztkach odnaleźli przyszłość, potrafili w niej nie egzystować, a Żyć. Pozostałym musiały wystarczyć marzenia. Sny o spokoju, o bezpieczeństwie, o własnym kącie. Jednym z takich snów było Southern Railway D.C. Kto o nim usłyszał, zaczynał śnić. Gdy zaczynał śnić, zaczynał też marzyć. Ci, którym marzenia nie wystarczały, ruszali w drogę. Opuszczali swoje resztki domostw, cmentarzyska pełne przyjaciół, których przeżyli a do których chcieliby dołączyć i zakończyć koszmar. Okolice pełne śmierci opuszczali chętnie i ruszali w kierunku ostatniej Stacji Nadziei.
Jak zwykle, nie dotyczyło to wszystkich, a z pewnością nie pewnej trójki. Każdym z nich kierowały inne powody, inne motywy, dzięki którym obrali Southern Railway za swój cel. Nie mieli wielkich oczekiwań, to też ich rozczarowanie było wprost proporcjonalne do tego, co otrzymali za swój trud dojścia. Opisywano im w plotkach tętniące życiem miasto, wybudowane na fundamentach stacji kolejowej i mające w perspektywach zjednoczenie kraju. Nie można było plotce odmówić jednego - miejsce było pełne ludzi. Różnica polega jednak na wrażeniu, jakie ma się patrząc na ruchliwe miasto a przepełniony obóz uchodźców.
Stacja, jakkolwiek była ogromna i przypominała gigantyczne centrum handlowe, otoczona była blisko kilometrowym pierścieniem ze zrujnowanych domów, namiotów i prowizorycznych schronień. Niektóre domostwa wyglądały lepiej od innych, mimo iż prawdopodobnie były skonstruowane na miejscu w przeciągu zaledwie kilku dni. Bił fetor ludzkich skupisk cechujący się mydlinami, potem, uryną i kałem, a także starymi ludźmi. Ktoś kaszlach, ktoś stękał, ktoś chrapał albo i płakał. Sporadycznie uszu dobiegały rozmowy, awantury i pojedyncze chichoty.
Pierścień nędzy oddzielony był z jednej strony od samej stacji obszernym placem, który z kolei ogrodzono drutem kolczastym. Usiany był białymi namiotami z logiem CoH, poszatkowany wojskowymi ciężarówkami i upstrzony straszącymi ludźmi w czarnych pancerzach z lustrzanymi szybami w hełmach. Przed jedynym wejściem na plac kłębili się ludzie w kolejce, odsyłani raz po raz do któregoś namiotu lub ciężarówki i wychodzący z paczkami lub w bandażach. Całość wyglądała jak punkt pomocy humanitarnej, którym w zasadzie była, o czym przekonywały komunikaty z zamontowanych szczekaczek.
Sama stacja obudowana była wysokim betonowym murem, do którego wejście możliwe było jedynie poprzez odkryte perony o numerach od 8 do 12. Wyjście z nich do serca stacji możliwe było tylko przez zejście do podziemnego przejścia, w którym rozstawieni byli uzbrojeni strażnicy z psami i listami mieszkańców. Ich zadaniem było niewpuszczanie nikogo, z wyjątkiem osób uprawnionych lub załatwianie przepustek, o co jak wynikało z obserwacji - było bardzo ciężko. Na samych peronach 8-12 rozstawieni byli kupcy z naprawdę szerokim spectrum towarów, pojedynczy grajkowie zabawiający ludzi a także wielka tablica ogłoszeniowa. Wypełniały ją z grubsza notatki dla krewnych, o tym czy ktoś przeżył i gdzie obecnie jest albo gdzie zmierza. Nie brakło też pojedynczych ulotek o zaginionych osobach, kilka 'kupię/sprzedam', oferty pracy dla najemników, a także propagandowy plakat o treści "Konfederacja to kłamstwo!" podpisany imieniem Proroka. Na samych peronach nie brakło też żebraków, prostytutek, kieszonkowców, a także osieroconych dzieci, kręcących się jedynie i domagających uwagi.
Sinister
Nie nawykł do takich skupisk, a wręcz przeciwnie - odwykł. Ostatnie lata sprawiały, że spotkanie z człowiekiem obarczone było ryzykiem, toteż unikał ich o ile mógł. Widok paru setek, a może nawet tysięcy skupionych w jednym miejscu przyprawił go o nagły wzrost ciśnienia. Co chwilę ktoś go potrącał, ktoś kichał obok lub spoglądał w oczy mijając. Niektórzy zdawali się śmierdzieć gorzej niż trzydniowe zwłoki pozostawione na słońcu. Zastanawiał się po co tu w ogóle przybył. Pewien sens zdawał się nadawać kościół, usytuowany niedaleko placu z pomocą humanitarną Konfederacji. Spowiedź za dawne czyny nie wydawała mu się wcale czymś naiwnym, zwłaszcza że w tej chwili mógłby dopisać do listy grzechów jeszcze jeden, na widok pewnej ponętnej blondynki. Przechadzała się po peronach skupiając na sobie dziesiątki mniej lub bardziej lubieżnych spojrzeń. Robiła to w sposób jakby w pełni świadomy, lecz nie nachalny czy znany mu bardziej - dziwkarski. Przypominała bardziej lwicę wśród wygłodniałych szakali. Każdy traktował ją jak ofiarę, lecz żaden nie czuł się dostatecznie silny. Z jednym wyjątkiem, dosyć pijanym i postawnym.
Felicia
Dotarcie do tej krainy mlekiem i miodem płynącej okazało się łatwe, zważywszy przywożący ją karawaniarz doskonale wiedział i bywał w miejscu docelowym. Udzielił także kilku pożytecznych rad. Jedna dotyczyła samej struktury stacji, a mianowicie jej dzielnic. Całość miała się składać z 5 części, z czego w pierwszej miała okazję się właśnie znajdować. Były to Perony Wejściowe, czyli odkryte perony 8-12. Znajdować się tu mieli, i znajdowali, kupcy oraz miało to stanowić punkt zborny dla wszystkich oraz główne źródło informacji dla podróżujących. Kolejne dzielnice to "Perony", stanowiące centrum kulturalne ludzi tam zamieszkujących, Dworzec będący głównym ośrodkiem handlowym w pasażach i strefą mieszkalną, Szynownia czyli miejsce gdzie dobudowano domy dla tych, którzy się nie mieścili oraz Wagony, składające się z 2 mniejszych ośrodków w postaci slumsów i bocznicy. Slumsy, według opowieści karawaniarza, pozwalały jedynie na wejście do nich, a raczej zsyłkę. Mało kto miał prawo stamtąd ponownie wyjść, toteż kwitła tam ciemna strona ludzkiej natury. Bocznica natomiast stanowiła przemysłowe zaplecze całej stacji i oprócz roli warsztatu, dostarczała energię pozostałym dzielnicom. Dodatkowe informacje dotyczyły jedynie istnienia osoby Jonathana Delano Browna, ichniejszego Clinta Eastwooda sprawującego nad wszystkim władzę żelazną, ale sprawiedliwą ręką. Napomknął również plotki, jakoby Brown darzył Konfederację wręcz chorą fascynacją.
Bliższych informacji nie był w stanie podać, toteż nie pozostawało jej nic innego jak spróbować dostać się do środka. Niestety, wejścia pilnowało od 3 do 4 strażników z psami oraz listą imion i nazwisk lokatorów. Ponadto każdy dysponował podobno osobnym hasłem, pokazywanym gwardziście przed wpuszczeniem. Metoda archaiczna, jednak okazywała się skuteczna, a stanowiła przy tym całkiem miły zamiennik dla dowodów osobistych, których spora część nie miała. Alternatywną opcją w poszukiwaniu potrzebnych jej informacji mogło okazać się szukanie u źródła - w punkcie humanitarnym Konfederacji Człowieka.
Póki co jednak zajmowała czas zwiedzając zatłoczone Perony Wejściowe. Czuła na sobie męskie spojrzenia i zawistny wzrok pracujących dziwek, jednak zupełnie się tym nie przejmowała. Bardziej absorbowało ją co innego. Było to dzieło klęczącego człowieka, który na rozgrzanym słońcem betonie kredą rysował obraz. Obraz, który zawierał w sobie coś magicznego, głównie ze względu na tematykę i kontrastujący ze wszystkim optymizm. Była to odmiana ogrodu Eden, lecz bez Adama i Ewy, a pełna ludzi cieszących się z sytuacji. Całość miała nieco barokowy styl, jak to jej wpajano lata temu w szkole. Rysownik, na którego twarz nie zwróciła uwagi, pracował w pocie czoła powiększając dzieło jakby z zamiarem objęcia całego peronu. Podziwianie przerwał jej głos zza pleców.
- Ej maleńka, śliczne nóżki masz... O której się rozkładają i za ile?
Jej Casanovą okazał się blisko dwumetrowy, acz chudy i lekko szczerbaty wyrostek. Twarz miał upstrzoną pieprzykami, zaś rude i stojące jak szczotka włosy dodawały mu groteskowości. Na dokładkę, miał na sobie wytarte wieśniackie ogrodniczki i zionęło od niego piwem.
Fisher
Światło uraziło go w oczy, a sprężyna wbiła się w plecy. Przysłoniwszy ręką wylot światła, zorientował się, iż leży na jakiejś pryczy w pomieszczeniu stworzonym z blachy falistej o wymiarach 4 na 6 metrów. Kiedy się tu znalazł? Nie wiedział. Głowa nie bolała, toteż kaca mógł wykluczyć. Rozejrzał się po pomieszczeniu oświetlanym przez pojedyncze snopy z dziur w przerdzewiałych ścianach i dostrzegł, iż wszystkie jego rzeczy są na miejscu. Może nie znajdowały się w stanie idealnego porządku tudzież skrajnym chaosie, ale widać było, że jedynie je tu wrzucono. Nagrzana blacha dawała o sobie znać. Robiło się bardzo gorąco i duszno. Pchnął drzwi by wpuścić trochę powietrza i przeżył niemiłe zaskoczenie. Zamontowane w drewnianych framugach drzwi były zablokowane od zewnątrz.
Słyszał ruch i pojedyncze ludzkie głosy, toteż na zewnątrz musieli być ludzie. Nawet całkiem sporo, jakby koło kilkudziesięciu osób, bo im bardziej się przysłuchiwał, tym większy gwar udawało mu się dosłyszeć.
Pot zaczynał mu spływać strugami. W blaszanej pułapce było co najmniej 40 stopni.
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez Yelonek dnia Pon 23:59, 22 Lut 2010, w całości zmieniany 2 razy
|
|